A to własnie my

Moje zdjęcie
Ona- przyszła żona tuż tuż,magister prawnik,chwiejna emocjonalnie, z zimnymi stopami. Estetka.Studentka miesiąca pewnej gazety. Prawdziwa baba z setką szpilek i ukochanymi torebkami.Wybaczy, ale nie zapomni.Interesują ją seryjni mordercy i kryminalistyka. NY w sercu od zawsze na zawsze. Marzy o pracy w dużej korporacji. Hobbystycznie bywa w sh. Szyje,doszywa,przerabia.Paznokcie muszą być zawsze pomalowane, zazwyczaj czerwień. Chciała być baletnicą i skrzypaczką. On- urzędnik, największy i niekwestionowany fan Mistrza Yody i Transformers,magister z licznymi naukowymi dyplomami still in progress, najbardziej rozchwytywany despotyczny korepetytor w wojewódźtwie.Furiat. Wariat który oświadczył się po nie całym roku znajomości. Nie marzy o BMW. Śpi z psem i się tego nie wstydzi. Nie wolno go pospieszać= typowa waga. Jego danie popisowe to spagetti wymagające mycia całej kuchni od podłogi po sufit, bo gotuje z rozmachem;) Razem- uzależnieni od energy drinków i colki. Marzymy o psie i wolno stojącej wannie.Kochamy Tesco, wyraki i lemury. Planujemy ślub, gryząc się przy tym niemiłosiernie:)Pomysł na bloga w zasadzie o wszystkim powstał spontanicznie już kilka razy. Enjoy!

niedziela, 16 września 2012

żoną być!

Noi stało się- jesteśmy małżeństwem od 22 dni! Półtora roku przygotowań, tyle nerwów, spraw do uzgodnienia... niby dużo czasu a potrzeba nam  było każdego z tych dni na dopracowanie szczegółów, co podobno było widać. Wszak, od dawna mówiłam, że diabeł tkwi w szczegółach;)

Noc przed ślubem zasnęłam zupełnie spokojnie i szybko. W sobotni poranek, o 6.30 obudził mnie pies i ...ulewa stukająca o parapet!!! Na dwór wyszłam w kaloszach i grubej kurtce. Na niebie nie było ani jednego jasnego prześwitu, z każdej strony straszyło szaro brunatne niebo. Postanowiłam nie panikować(- co mi się nie zdarza bo jestem największą histeryczką jaką znam;-)) , bo od 6.30 do 15.20 o której wychodziliśmy  domu było jeszcze sporo czasu i szansy na poprawę pogody. Wierzyłam że bliska mi osoba która, chyba najbardziej chciała być na tym ślubie a nie dożyła,  jest tam w górze załatwi mi pogodę na ten jeden dzień.  Poranny spacer gdy ulice były jeszcze zupełnie puste działał na mnie jak najmocniejsza tabletka na uspokojenie.
Po powrocie do domu włączyłam komputer z chęcią sprawdzenia pogody na najbliższe godziny( od tygodnia przed ślubem robiłam to codziennie kilka razy;)) szybko jednak przekalkulowałam priorytety i uznałam że drzemka lepiej mi zrobi. Obudził mnie o 8.30 harmider domowników. Mój budzik nastawiony na 8 nie zadzwonił. Na śniadanie zjadłam pół bułki, która później okazała się moim całym posiłkiem tego dnia. I się zaczęło- kolejno fryzjer i makijaż. Każda z nas trzech kobiet w domu o swojej porze wychodziła, dla porządku napisałam kolejność godzinową na kartce którą przywiesiłam w kuchni. Czas leciał szybko i cały czas miałam to uczucie zniecierpliwienia. Gdy siedziałam u fryzjera juz chcialam być na makijażu bo po makijażu czekało mnie przecież już tylko ubieranie. I się stało, pora ubierania. Przyjechała moja druhna, z naszymi bukietami które okazały się nie do końca takie jak chciałyśmy, ale mówię- trudno. Przez cały czas nic nie było w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, byłam szczęśliwa i spokojna jak nigdy.Zaczęło się ubieranie, gorset sznurowały mi trzy osoby w tym tata:) Reszta poszła standardowo. O 15.25 przyjechał pan młody z ekipą fotografów, kamerzystą i świadkiem. Wpadliśmy na siebie na klatce, bo on czekał na dole a ja czekałam aż wejdzie ( nie było tradycyjnego błogosławienstwa itp.) Dwunastometrowy lincoln którym jechaliśmy zablokował wyjazd z dzielnicy:) W drodze nadal nerwów brak. Podjeżdżamy pod kościół, widzimy znajome twarze... robi się jeszcze lepiej... wychodzimy z limuzyny i czujemy wzrok tych ponad 140osób na nas. Każdy patrzy i się uśmiecha... robi się jeszcze milej. Wchodzę z tatą, ludzie już siedzą, czekają na nas. Pan młody przy ołtarzu. Jedyny mój stres- czy się nie potknę o suknię;) I słowa taty- idziemy powoli, Ty tu jesteś gwiazdą. Idziemy... i tu zatrzymał się czas- patrzę na prawo, na lewo, wyszukuję znajomych twarzy. Wszyscy uśmiechnięci... idziemy a ja myślę tylko o tym aby się nie popłakać (bo płaczę, wręcz ryczę na każdym obcym ślubie!) i się nie garbić;) Dochodzimy do ołtarza, tata przekazuje mnie przyszłemu mężowi, buziak w policzek dla mnie i słowa do niego- gratuluję żony. Wtedy mi się zrobiło gorąco. Pod samiutkim już ołtarzem widzę księdza, mojego znajomego który na naszą prośbę udziela nam ślub. Widzę jak się denerwuje, uśmiechamy się do siebie porozumiewawczo i chyba obojgu nam robi się lepiej. Cały mój stres wiązał się z tym że nie lubię mówić do mikrofonu, co w czasie mszy mówię do księdza, i znów kiwa  głową że jakoś to będzie. Przysięga- byłam w amoku, dopiero po chwili ogarnełam się   że to już TO. I jakoś poszło. Cały czas się śmiejemy i uśmiechamy. Smakuje mi wino mszalne;) Po wszystkim fotograf mówi abyśmy stanęli na tle ołtarza, stajemy a ludzie nie wiedzą o co chodzi. I stojąc na ołtarzu spada mi podwiązka;D Nie myśląc długo mówię do świadka- Andrzej, Andrzej podwiązka mi spadła! I zaczynam grzebać pod suknią. Dobrze że był bardziej świadom tego ze wszyscy na nas ptrzą i dziwnie wyglądałoby wkładanie rak przez świadka pod suknię na dodatek na ołtarzu;) Schodzimy z ołtarza, i druhna udając że poprawia tren łapie podwiązkę która już całkowicie spadła mi z nogi. Modlitwa przy ołtarzu bocznym i wychodzimy, strzelają tuby z płatkami róż, życzenia i jedziemy. Jesteśmy głodni, a ja od rana mam ochotę na frytki z McDonalda;).
Dojeżdżamy nie  z własnej winy późno, szampan, powitanie, przeniesienie przez próg itd. Pierwszy taniec- mój wymarzony walc z "Nocy i dni" wychodzi dobrze, choć sama zachwycona nie jestem a ciotki płaczą ze wzruszenia;) I nerwy całkowicie mijają. Zaczyna się wesele. Cały czas byliśmy głodni, bo swoje wesele to ciężka praca. Do każdego trzeba podejść, choć mam wyrzuty że i tak za krótko z niektórymi byliśmy, z każdym porozmawiać itd. Nie zjedliśmy żadnego dania całego. 
Było kilka wpadek, niedomówień, ale to wszystko to nic. Wesele mija jakby to była godzina. I prawdą jest to co każda panna młoda mówi przyszłej- chłoń każdą minutę, każdą chwilę bo to już się nie powtórzy a to jest wasz dzień. 
Więc dziewczyny, zazdroszczę że to wszystko jeszcze przed Wami. I chłońcie każdą minutę! 

A my cóż.. jesteśmy małżeństwem i jest nam dobrze jak chyba jeszcze nigdy wcześniej. Mity o "docieraniu się" nas nie dotyczą. 
Jest sielsko!:) 

7 komentarzy:

  1. I nie doczekałam się zdjęcia sukienki :P:P
    Fajnie że tak w miarę na luzie to przeszłaś. Ja czekam na ten swój dzień i chcę by był idealny bo własnie potem to uczucie że już po wszystkim i więcej takiego nie będzie... no cóż ;) Szczęścia życzę :*

    OdpowiedzUsuń
  2. dzięki!:) zdjecia beda:) U Ciebie też będzie idealnie, bo wlasnie myslę ze takie sa sluby planowane a nie na hop siup robione w 3 miesiace.

    OdpowiedzUsuń
  3. oooo cudownie! gratuluję i wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też ryczę na ślubach, a teraz (nie będąc na Waszym ślubie, a tylko śledząc bloga)płaczę przed komputerem ;)

    Gratuluję i Wszystkiego najlepszego ;*

    OdpowiedzUsuń
  5. jestem na blogu pierwszy raz ale czytając to łezka mi sie w oku zakreciła ;) szczęścia życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratulacje! :) nice post! xD
    zapraszam wszystkich na: okomody.blogspot.com
    xoxo

    OdpowiedzUsuń
  7. Wzruszyłam sie ;-) super, że odwiedziłas mój blog, bo nie wiem czy trafiłabym na Twój a jest świetny. Muszę sporo nadrobić ;-)

    OdpowiedzUsuń